Widok z Błoń na kopiec Kościuszki

Piękny spektakl z mgły, chmur i światła udało mi się uchwycić podczas wieczornego spaceru po Błoniach.

Istne widowisko! Niesamowite, bo nad Salwatorem uformował się jakby pióropusz z jednej strony podświetlony przez promienie zachodzącego słońca, z drugiej ginący w tajmniczym, nieco złowróżbnym mroku...

Gdy się spojrzało za siebie, istnienia Wawelu można się było tylko domyślać. Po prostu znikł, wessany w ten różowawy błękit...

Poza tym - trawa na Błoniach zielona, krety ryją jak najęte i wypiętrzają swoje czarne kopce, a mgły się snują biało-szare, gęste i pełne treści, jak to w Krakowie. Zamazują rzeczywistość i chyba czynią ją przez to bardziej znośną. Łagodzą kontury. Nasycają przestrzeń poezją.

Tak się ów pióropusz przedstawiał w całości. Gdybym umiała malować, pewnie bym próbowała przenieść ten obraz na płótno. A tak, to tylko nabieram zapału do pracy nad nową książką. Rzecz dziać się będzie w Krakowie, w środowisku artystycznej bohemy końca XIX wieku, właśnie wśród malarzy. Czytam o nich, oglądam reprodukcje i zastanawiam się, jak wielkiego mistrzostwa ręki i pędzla wymagało oddanie w dziele nie tylko ulotnego widoku, ale też towarzyszących mu uczuć i przeżyć! Wprawdzie w latach, na których się skupiam, impresjonizm był jeszcze tylko daleką i nieznaną paryską nowinką, ale przecież wraz ze schyłkiem malarstwa historycznego wrócono pod Wawelem do pojmowania świata przez pryzmat "czucia i wiary", a to neoromantyczne podejście stało się punktem wyjścia do przyjęcia i współtworzenia nowych prądów w sztuce.
Konkluzja? Dużo pracy przede mną :)
Na zakończenie jeszcze jeden widoczek z Błoń, przepojony atmosferą tego dziwnego wieczoru, przesiąknięty mgłą i magią kolorów... jak za dotknięciem czarodziejskiego pędzla.


Skomentuj jako pierwszy(a)