Księżyc

Chociaż zarywanie nocy jest ostatnią rzeczą, na jaką zwykle mam ochotę, tym razem – zachęcona przez media – postanowiłam poświęcić trochę snu i oglądnąć osławiony Krwawy Księżyc, który w poniedziałek 28 września miał się pojawić na niebie. Na szczęście okazało się, że nasz balkon – wychodzący na zachód – jest wystarczająco dobrym punktem obserwacyjnym. Nie musiałam więc ubierać się i o barbarzyńskiej porze między 3 a 4 nad ranem szukać po Krakowie dogodnego miejsca do zrobienia zdjęć. Aura też była sprzyjająca. Chmury, które jeszcze wieczorem zasnuwały sporą część nieba, ustąpiły, odsłaniając nie tylko Superksiężyc (znajdujący się tej nocy ponoć najbliżej Ziemi, a więc optycznie dużo większy niż zazwyczaj), ale i gwiazdy.
Nie będę wchodzić w szczegóły dotyczące całego procesu śledzenia zaćmienia, gdyż by on kilkakrotnie przerywany przez nieodparte napady senności… Powiem krótko – udało się. Oto dowody:

Efekt być może nie jest zbyt imponujący, miałam bowiem do dyspozycji bardzo prosty aparat i dopiero po długim czasie wpadłam na pomysł, by go przestawić na tryb nocny ;) Zdjęcia jednak zrobiłam, a co ważniejsze, obejrzałam sobie w migawkach całkowite zaćmienie Srebrnego Globu. I co? I jestem rozczarowana.
Myślę, że winna temu jest cała ta kampania piewców „czerwonego” czy też „krwawego” Księżyca. Spodziewałam się na niebie jakiegoś wstrząsającego widowiska… Tymczasem samo zaćmienie było rzeczywiście bardzo interesujące, ale barwa ziemskiego satelity nie zrobiła się nawet w części taka, jak zapowiadano. Owszem, trochę zżółkł czy też spomarańczowiał, do krwistej czerwieni było mu jednak bardzo daleko.

Cieszę się, że dałam radę to obejrzeć, bo następne takie zaćmienie w Polsce zapowiadane jest dopiero za kilkanaście lat. A w ostatnim czasie zdarzyło się na niebie sporo rzeczy godnych odnotowania. Czerwony Księżyc z 28 września 2015 roku był podobno ostatnim z serii czterech całkowitych zaćmień, które następowały po sobie średnio co sześć miesięcy w ciągu ubiegłego i bieżącego roku. Poprzednie miały miejsce 15 kwietnia 2014, 8 października 2014 i 4 kwietnia 2015. Muszę przyznać, że wszystkie trzy uszły mej uwadze.
Ale za to nie przegapiłam momentu, gdy w marcu 2015 r. pojawiła się nad Polską zorza polarna, a trzy dni później, na kilka godzin przed przejściem Słońca w znak Barana, nastąpiło całkowite zaćmienie Słońca. To właśnie te dwa wydarzenia z okresu równonocy wiosennej stały się dla mnie inspiracją do napisania opowiadania

„O zorzy polarnej i innych zjawiskach niebieskich oraz o ich wpływie na losy ludzi, a nawet całych narodów”.
Zamieszczam je w zakładce DO POCZYTANIA i serdecznie zapraszam do lektury :)

Skomentuj jako pierwszy(a)