Nigdy nie miałam ochoty pisać książek historycznych. Po ukończeniu studiów przez jakiś czas nie mogłam nawet oglądać filmów kostiumowych, z jednej strony z powodu jakiegoś poczucia przesytu, a z drugiej - sztuczności. Gdy po dekadzie spędzonej w Niemczech zaczynałam „Sagę rodu Petrycych”, poruszona własnymi doświadczeniami, wstrząśnięta tym, jak bardzo historia i teraźniejszość ciągle się przenikają, jak złożona i delikatna jest to materia, jak łatwo nią manipulować – nie sądziłam, że tak mocno i na tak długo „wsiąknę” w ten gatunek. Zresztą dzieje Maksymiliana i jego rodziny, osadzone w latach 90., traktowałam z początku jako „współczesność”, a nie „historię”. To były lata mojej wczesnej młodości, dojrzewania, wchodzenia w życie i w świat. Dopiero potem zorientowałam się, że czas nie stanął w miejscu, tylko płynie nadal, bardzo zresztą wartko, i dla wielu ludzi – zwłaszcza urodzonych później niż ja – to również jest już historia. Dla niektórych osób, na przykład w wieku moich dzieci – nawet bardzo zamierzchła.

Teraz w swoich literackich zapędach cofam się jeszcze dalej w czasie. Zaczęłam pisać nową sagę, trylogię rozgrywającą się w realiach XIX wieku. Jest to opowieść o prostej wiejskiej dziewczynie z okolic Krakowa, która zrządzeniem losu - czy raczej mojego pióra - znalazła się w orbicie osób i zdarzeń, które odcisnęły swój ślad w polskiej historii i kulturze, i do dziś mogą pobudzać naszą wyobraźnię...

***

Urodziła się w 1864 roku. Był to smutny rok, roku upadku powstania styczniowego. Dziesięć dni wcześniej na stokach Cytadeli Warszawskiej stracono Romualda Traugutta.

– Dziecko, a kto tam u nas, na wsi w Galicji, wiedział o Traugucie?! – powiedziałaby moja ciocia na takie rozpoczęcie jej historii, i zapewne by miała rację.

Dzień narodzin Józi, piętnastego sierpnia, ludzie zapamiętali bardzo dobrze z tego powodu, że niedaleko, na przeprawie przez Wisłę w Czernichowie, doszło wtedy do tragedii, w której zginęło ponad sto osób. Wiele lat później w starych numerach „Czasu”, moja ciocia trafiła na informację o tym zdarzeniu. Zdziwiona, że te pożółkłe papierzyska mają tyle lat, co i ona, wycięła interesujący ją fragment i wkleiła w swój kalendarz. Tam zaś znalazłam go ja.

Wczoraj wieczór wielkie nieszczęście zdarzyło się pod Czernichowem na Wiśle. Wracając z Kalwaryi Zebrzydowskiej z odpustu na Wniebowzięcie, gromady pobożnych ze wsi okręgu krakowskiego po lewej stronie Krakowa leżących nie zwykły iść na Kraków, lecz najprostszą drogą zdążają ku Wiśle i przeprawiają się na tamtejszy brzeg pod Czernichowem, gdzie stały jest przewóz. Tak było i wczoraj.

Aby wielką liczbę osób na raz przeprawić przez rzekę, która właśnie tego wieczora nagle wezbrała, użyto nie zwykłego promu przewozowego mogącego pomieścić kilkadziesiąt osób, lecz krypy, na którą ładuje się zwykle 600 korcy pszenicy. Na krypę tę wsiadło na prawym brzegu Wisły z jakie 300 włościan obojej płci, tudzież Żyd dzierżawca przewozu z wódką dla szynkowania jej podczas przeprawy. Była godzina 8 wieczór. Wioślarze podobno pijani, nie dosyć umieli oprzeć się silnemu prądowi wody, takiż zamiast do zwykłej przystani, wpadli na galar stojący na tutejszym brzegu poniżej przewozu i tak silnie weń uderzyli, że krypa napełniona ludźmi rozbiła się. Część krypy załamała się wraz z ludźmi, a druga część poszła z wodą. Za temi rozbitkami puszczono się galarem, z których prawie wszystkich wyratowano, lecz z tych co wpadli do Wisły zaraz po przełamaniu się krypy, część tylko zdołała się ocalić lub ocaloną została.

Ile osób utonęło, tego jeszcze wiedzieć nie można; w miejscu utrzymują, że najmniej 100 osób, jeźli nie więcej. Włościanie czernichowscy przybiegli na pomoc tonącym i wyratowanych umieścili po domach swoich, nawet i tych których spodziewano się przywrócić do życia. Z Liszek przybył lekarz dla opatrzenia chorych, tudzież trzech żandarmów. Krypa użyta do przewozu ludzi, lubo przeznaczona pod ciężar, niebyła wszelako, jak mówią, tak zbudowana, jak winien być zbudowany prom i dlatego szturchnięcie nią o inny galar wystarczyło, aby ją rozbić.

Większa część osób utonionych pochodziła z Czułówka, Kaszowa i Nowej Góry; reszta z innych wsi, a byli między nimi także włościanie z najbliższych okolic Królestwa Polskiego. Dzierżawca przewozu, który płynął również na krypie, został wydobyty żywo z wody.1

Jeszcze wiele lat później starzy ludzie w Czernichowie i okolicy wymieniali nazwiska osób, które wtedy zginęły. Ale czas zaciera wszystko, nawet ludzkie wspomnienia. Teraz już nikt nie pamięta o tamtej katastrofie, a i ja przypomniałam sobie o niej tylko dlatego, że znalazłam wycinek w kalendarzu cioci.

***

Czy udało mi się oddać ducha tamtych czasów i mentalność tamtych ludzi? Nie wiem, ale taką mam nadzieję.


Czas, 1864, nr 113, s. 3. Autor artykułu przez pomyłkę nazwał Nową Wieś - Nową Górą.
Filtry
Zobacz także: