Macedonia

Dwa dni po powrocie z wakacji, spędzonych w Ochrydzie, dowiedziałam się, że Macedonia wprowadziła stan wyjątkowy na granicy z Grecją. Przyczyna: niekontrolowany napływ migrantów z Afryki i Azji. Następnie rząd tego kraju zaapelował do państw europejskich o pożyczenie wagonów w celu przetransportowania uchodźców w inne miejsca i rozładowania napięcia w rejonie przygranicznym. Nikt na tę prośbę nie zareagował.

Będąc w Macedonii o problemie nękającym Europę nie myśleliśmy prawie wcale. Tylko dwa razy mieliśmy okazję zobaczyć uchodźców. Po raz pierwszy, przez szyby samochodu dostrzegliśmy grupę mężczyzn wędrujących przed siebie torami kolejowymi. Drugi raz, już na granicy z Serbią, spotkaliśmy człowieka proszącego o pomoc w długiej kolejce aut oczekujących na wyjazd. Na migi pokazywał, że jest głodny i nie ma co pić. Ktoś ofiarował mu colę i chipsy, ktoś inny datek, na który skrzywił się tylko, ale skwapliwie schował go do kieszeni. Nie ucieszyła go także moneta o bardzo niskim nominale, którą otrzymał od nas. Większość szyb w samochodach pozostawała jednak szczelnie zamknięta, mimo dość rozpaczliwej gestykulacji tego mężczyzny. No tak, na zewnątrz było bardzo gorąco, w środku każdego auta działała klimatyzacja, mieszanie powietrza byłoby nierozsądne i nieekonomiczne…
Czyżby był to symboliczny obraz nastawienia Europy i jej mieszkańców do jednego z największych problemów humanitarnych, jakie przed nimi w ostatnim czasie stanęły? Czy taka właśnie jest nasza odpowiedź na to wyzwanie?
Kiedy czytam teraz doniesienia prasy i oglądam reportaże o tysiącach ludzi koczujących w dramatycznych warunkach na różnych skrawkach „ziemi niczyjej” pomiędzy granicami państw, o wzajemnym tratowaniu się uchodźców przy próbach wejścia do któregoś z pociągów jadących z Macedonii do lepszego świata, że nie wspomnę już o koszmarach podróży, które przeżyli zanim dotarli do wybrzeży Grecji – jest mi wstyd. Wstyd za tę marną monetę podaną przez okno i za obojętność wobec tamtych ludzi na torach, których potraktowaliśmy jak jedną z ciekawostek turystycznych.
Gdy już wjechaliśmy do Serbii, zdarzyła się nam przygoda. Znaleźliśmy gwóźdź w oponie, a raczej śrubę – ordynarny wkrętak, jak się później okazało, do plastiku – z dwiema ostrymi końcówkami. Tkwił mocno zaklinowany, a jednak powietrze, choć powoli, uchodziło z tylnego koła. Długą chwilę patrzyliśmy bezradnie na to odkrycie. Jeszcze nigdy nie byliśmy zmuszeni wymieniać opony podczas drogi. Wreszcie, zniechęceni i przygotowani na duże opóźnienie, wypakowaliśmy część bagaży, by dostać się do koła zapasowego. Jak się okazało – popękanego i sparciałego, jeszcze mniej nadającego się do użytku niż ta przebita opona… Nasi znajomi, przejęci, zaczęli oglądać koła w swoim samochodzie. Ogólnie zrobiło się na parkingu zamieszanie, w czasie którego podszedł do nas jeszcze jeden kierowca, właściciel vana z holenderskimi tablicami. Pouczył nas, że nie należy, broń Boże, zapasowego koła z citroena wkładać do volkswagena. Źle zinterpretował sytuację, myśląc, że to znajomi mają problem, a my tylko chcemy im pomóc :)
A potem powiedział, że jest mechanikiem, zakasał rękawy, przyniósł sobie z auta stosowną walizeczkę oraz gumowy dywanik i z pomocą synka wyjął śrubę, po czym załatał nam dziurę specjalnym klajstrem. Patrzyliśmy na to z niedowierzaniem i zachwytem. Wszystko razem trwało pięć, góra dziesięć minut. Na zakończenie polecił nam dopompować koła na stacji i oświadczył, że sam po przygodzie z gwoździem na takim łatanym kole przejechał już szmat drogi. Mogliśmy mu wierzyć, był to bowiem Turek, który – jak wielu jego pobratymców – wracał wraz z rodziną z wypoczynku w swojej pierwszej ojczyźnie do pracy w swojej drugiej ojczyźnie. Jako muzułmanin nie przyjął ofiarowanego mu w podzięce wina (spodziewaliśmy się tego widząc, że jego żona nosi chustę, ale nic innego nie mieliśmy pod ręką), nie chciał także finansowej gratyfikacji. Powiedział, że religia nakazuje mu pomagać, gdy widzi ludzi w potrzebie – i to właśnie uczynił. Nie mógłby nawet nic za to przyjąć, bo wtedy dobry uczynek przestanie się liczyć.
Problemów komunikacyjnych nie mieliśmy żadnych – ten mechanik świetnie mówił po angielsku i po niemiecku.
– Wszyscy myślą, że muzułmanie to terroryści – oświadczył. – A tymczasem tak nie jest. Robiąc to, chciałem wam pokazać, że jesteśmy dobrymi ludźmi.

Właśnie. Wierzę, że większość ludzi jest dobrych.

Dlatego nie obawiam się, co może się zdarzyć, gdy otworzymy granice przed uchodźcami. Bardziej boję się tego, co się może stać, gdy tego nie zrobimy. Ciśnienie na zewnątrz Europy stało się już zbyt wielkie i siłą rzeczy musi dojść do jego wyrównania. Na pewno jakąś cenę trzeba będzie za to zapłacić. Ale wierzę, że w przyszłości – może jeszcze bardzo dalekiej – korzyści będą większe.

Skomentuj jako pierwszy(a)