Już jest!

Ta książka wyjątkowo długo czekała na swój moment. Pisałam ją najdłużej ze wszystkich moich powieści, wielokrotnie poprawiałam i zmieniałam. Punktem wyjścia były osobiste przeżycia i zdarzenia sprzed kilku dobrych lat. Potem włączyła się wyobraźnia, lektury, wakacyjne odkrycia... Powstała powieść zupełnia inna niż dotychczasowe moje teksty. Bardzo się cieszę, bo wreszcie się ukazała!

Odludne miejsca na Kaszubach, tchnące jeszcze pogańską magią. Ważny moment w roku, gdy zbliża się letnie przesilenie, a nad wodami zaczynają płonąć świętojańskie ognie. Przyroda tak intensywna, że zdaje się, jakby za każdym kamieniem, drzewem i strumieniem kryły się czujne i złośliwe istoty, zawsze skłonne działać na niekorzyść człowieka. Czyżby po latach uśpienia obudziły się kaszubskie diabły?

To miały być wakacje jak co roku – spływ kajakowy w pięknym krajobrazie Kaszub. Pech jednak chce, że na kempingu przy brzegu jeziora Kamienickiego spotykają się zupełnie różni wiekiem i upodobaniami miłośnicy tego sportu. Dwie licealistki, duszpasterstwo akademickie, rodziny z dziećmi i seniorzy – wszyscy oni są skazani na spędzenie kilku dni we własnym towarzystwie. Czy aby jednak tylko we własnym?

Inspirowana poezją Leśmiana i kaszubską mitologią opowieść o przedzieraniu się przez gąszcz lasu i pokonywaniu dzikiej rzeki, ale także o odkrywaniu sekretów swojego wnętrza. Z grupy przypadkowo zebranych osób niemal każdy zabiera w podróż jakąś tajemnicę. Beztroskie wakacje przeradzają się pasmo dziwnych, niepokojących, nawet dramatycznych zdarzeń. Zanim dotrą do celu, będą musieli zmierzyć się z Dobrem i Złem, które ich zewsząd otaczają, ale także z tym, co niosą głęboko w sobie.

W parowie, pod leszczyny rozchełstanym cieniem,

Spadły z nieba bezwolnie wraz z poranną rosą –

Drzemie Bóg, w macierzankach poległy na wznak.

Dno parowu rozkwita pod jego brzemieniem.

Biegnę tam, mokre trawy czesząc stopą bosą,

Schylam się nad drzemiącym i mówię doń tak:

„Zbudź się, ty – ptaku senny! Ty – ćmo wielkanocna,

Co zmartwychwstajesz pilnie, by lecieć w ślepotę

Świateł gwiezdnych, gdzie w mroku spala się twój czar!

Zbudź się! Słońce już wstało! Niech twa dłoń wszechmocna

Zrywa kwiaty te same, com we włosy złote

Mej dziewczynie zaplatał jak twój z nieba dar!

Zbudź się! Pierwszego szczygła zapytaj o drogę

Do chaty, gdzie po nocach przez okiennic szpary

Śmiech mój i me nadzieje patrzą w wonny świat!

Pójdziem razem! Ramieniem własnym cię wspomogę!

Pokażę ci sny nasze i nasze moczary –

I słońce w oczach ptaków, zapatrzonych w sad!...”

Tak doń mówię – i dłonią, wyciągniętą mężnie

Nad nim, jak nad zwaloną od uderzeń bramą,

Trafiam na jego ku mnie wyciągniętą dłoń!

I zgaduję – oczyma wodząc widnokrężnie –

Że on do mnie z parowu modlił się tak samo,

Jak i ja – nad parowem – modliłem się doń!...

(Bolesław Leśmian „Zielona godzina” VI)

Skomentuj jako pierwszy(a)